Sou Portista :)

No i co?? I teraz to już jestem pewna… zakochałam się… Porto jest po prostu piękne!!
3 godzinki pociągiem i jesteśmy, takie nam się przytrafia szczęście że w pociągu poznajemy starszego pana, nauczyciela portugalskiego, wdajemy się w zakręconą rozmowę w kilku językach, bo pan żonę ma z Wenezueli, mieszkał w Niemczech a uczył też angielskiego. Opowiedział nam trochę o Porto, a w mieście jego syn podwiózł nas do informacji turystycznej gdzie wyposażyli nas w mapy J Syn stwierdza ze to wariactwo – uma loucura ;) że przyjechałyśmy na 1 dzień, bo on by nam pokazał wieczorem Porto, ale nie mamy czasu, choć na 9 godzin ale warto!!
Zaczynamy z centrum i idziemy w różnych kierunkach sprawdzając co gdzie jest i wiemy na pewno że chcemy dotrzeć do rzeki i do winnic ;)
Trafiamy do kościoła św. Klary. Czytałam że jest najpiękniejszy ale nawet nie przypuszczałam że aż tak!!!!! Cały w środku rzeźbiony, drewno i metal, najdrobniejsze szczególiki, detale, niesamowite, a z zewnątrz wygląda tak niepozornie, nawet trudno go znaleźć, bo jeść niski i ukryty za bramą. Pytałam rodowitego Porciaka o ten kościół, on nawet nie ma pojęcia gdzie jest… ale to już reguła, to co ma się tak blisko najtrudniej zauważyć.
Docieramy do mostu Luisa I i nie możemy się napatrzeć, gapimy się na środku mostu w Duero, ja nie wracam do domu…Po jednej stronie miasteczko- moje czekoladki tzw. ;) malowniczo poustawiane na wzgórzu, po lewej winnice wina Porto z czerwonymi dachami, po obu stronach widać pozostałe mosty, już się nad nimi zachwycałam ale one są takie że na nie chce się patrzeć, fotografować, wzdychać ;)

Mostem maszerujemy na drugą stronę rzeki zatrzymując się co chwilę żeby westchnąć, albo popatrzeć na przycumowane Barcos rebelos przewożące wino wzdłuż reki, po drugiej stronie stromo schodzimy w dół, w cieniu na szczęście bo na moście nas bezlitośnie przyprażyło…
Teraz wzdłuż brzegu nie czekoladki ale winnice, jedna przy drugiej, oflagowane, zapraszają do środka chłodem i zapachem ;) Wybieramy Sandemann. One generalnie mają nazwy angielskich rodów- założycieli. W tym przypadku zaintrygowało nas logo- pan w kapeluszu (znak hiszpańskich) i w pelerynie (znak portugalskich studentów) Poza tym nigdy nie próbowałyśmy jeszcze tego ;)

W środku czekamy na zebranie grupy wycieczki, w międzyczasie oglądamy eksponaty w mini-muzeum, wielką beczkę, stare plakaty, kielichy. W końcu możemy wejść, zapach już bardzo intensywny, ciemno, chłodno i beczułki dookoła J Przewodniczka opowiada historie powstania winnicy, ale proces powstawania Porto jest zdecydowanie ciekawszy, wiedziałam, że to jest wzmocnione wino whiskey albo tzw aguardente czyli mocnym alkoholem, ale nie mialam pojęcia o dodatkach jak cytryna w białym Porto, czerwonych owocach w Ruby czy cynamonie, migdałach, orzechach w moim ulubionym Tawny. Dowiedziałyśmy się jak podawać, smakować i do czego podawać Porto, umiejętność smakowania mogłyśmy sprawdzić od razu na degustacji ;) mmm..
Po ogrzaniu gardełek wychodzimy na słonko, przygrzało nam chyba, humor zaskakująco dobry, tym bardziej ż trafiamy na ludowy koncert na brzegu rzeki, babki i chłopki w ludowych strojach przytupują, wyśpiewują aż słychać ich jeszcze po drugiej stronie mostu. 
Wędrujemy powrotem do centrum, wypijamy kawkę pod ratuszem, na Santa Katarina długaśną ulicę- miejsce spotkań już nie zdążymy, na Avenide Boa Vista kończącą na oceanie tym bardziej nie ma szans jechać:(
Ale przynajmniej jest po co wrócić do Porto, wcześniej czy później i tak tu się pojawię, takie życzenie mam na następne urodzinki ;) do Porto wrócić !!


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home