środa, września 20, 2006

Moja mama tu była.. wino Porto piła..

Teraz będą przechwałki :)
Moja mamusia odwiedziła ziemię Lusitano :)
Wyplażowały się, wino wypite, Arroz de Marisco zjedzony, narodowy tosta mista tez :)

Po dogłębnych odwiedzinach werdykt:
1. Najlepsza plaża : Costa de Caparica
2. Najlepsze widoki: Ponte 25 de Abril i C.Rei
3. Co przwieźć do PL: kawa kawa kawa :) (ale to subiektywne zdanie kawoholiczek)
4. Zobaczyć: Usta Piekieł (k.Cascais)

Mój komentarz: Czekam teraz na tatusia :) który Portugalii nadał dumną nazwę "kraj koziopasów" co by przekonać że nie samymi kozami Portugalia żyje (ja przynajmniej tu żadnej nie widziałam :) )

Tu wychowania patriotycznego nie trzeba :)

Kto był zmeczony Mundialem ręka w górę!! Reklamy i marketingowe chwyty w Polsce to nic w porównaniu do tego co się tu działo :O

Fakt, oni zaszli trochę dalej i było na co popatrzeć ale co sądzicie o Banku Espirito Santo? wystrój co najmniej nietuzinkowy: nie mówiąc już o wycieczkach wkoło Markiza de Pombal :)
















Ale i my Polacy dzielnie kibicowalismy naszym i nawet porażkę z Niemcami jakos przełknęlismy...chyba dlatego ze przełykanie odbywało sie na Bairro :)

A jakby tak Polska zagrała z Portugalią... to bym miała dylemat :D


Po przerwie ...

"Ola, tudo bem?" - znowu słyszę to na każdym kroku :)
Wróciłamdo kraju "gdzie ziemia się kończy a może zaczyna" :)
Przestój na blogu duży, nawet bardzo duży.. wiem, żałuję i postanawiam poprawę :)
Tylko co ja tu jeszcze umieszcze? bo Lisboa to już wzdłuż i wszeż :) mysle że to się przemianuje na Portuguese Story..

Podobno zawsze trzeba zostawić sobie jakies miejsce nieodwiedzone zeby mieć po co wracać, no i ja jeszcze nie stanęłam na punkcie oksydentalnym, Cabo de Roca przede mną! Alentejo , góry (podobno awet ze sniegiem) :) niby taki mały kraj a proszę, ile do zrobienia!!

Zatem.. ate ja :) (takie portugalskie "nara"
)

wtorek, czerwca 13, 2006

Fotogeniczne krużganki c.d.


No dobrze, dobrze, wiem że już było, wiem że dwa razy, ale ja nie umiem sobie odmówić, nie Belem!! Ale fotki zo brand new :) i zbrodnią byłoby ich nie umiescić!

Zrobiłysmy sobie z Karoliną miłą niedziele, czyli najlepsze co można wtedy robić- jechać na Belem, Jesli ktos nie wie co ze sobą zrobić w niedzielny poranek w Lizbonie, to ja już mówie- podeptać na Rossio, złapać tramwaj E15 i wysiąsć na Mosteiro:)



Mu sie też uzbroiłysmy w kocyk i ksiazki i przemierzyłysmy tą droge, do 14 wstęp na krużganki jest wolny, usadowiłysmy sie najpierw w słoneczku a potem tak poł na pól, żeby nam podza nauki nie przygrzewało po główkach, ale żeby nogi jak najbardziej słoneczka dostały :)

Zrobiłysmy sobie małą sesję, bo klasztor ma to wspólnego z mostem Luisa w Porto że aż sie prosi o robienie zdjęć!! Ty razem próbowałysmy nowych ujęć łącznie z nowym spojrzeniem "od kuchni" (dosłownie) w pastelaria de Belem :)

Zachaczyłysmy jeszcze o targ staroci, zawarłysmy znajomosc z czterema kumoszkami, sprzedawaly rękodzieła własne, malowane płytki, porcelanę, obrazki. Stwierdziły ż wychodzą na tym na czysto, nie zarobią nic, robią to na parafii ale są szczęsliwe że ludze mają to w domkach i nie nudzi i sie przynajmniej, mają co robić co dnia a w niedzielę się rozkladają ze wszystkim :)


poniedziałek, czerwca 12, 2006

Jak ich nie uwielbiać ?!?!


Ten kraj jest niemożliwy, a to też za sprawą mieszkańców, jest ich 4 razy mniej niż Polaków średnio 10 cm mniejsi a ile zamieszania potrafią narobić…
Przede wszystkim robią masę hałasu, prawdziwy kierowca portugalski musi używać klaksonu średnio co 10 minut a w godzinach szczytu- cały czas, więc jak się mieszka koło ulicy to budzik staje się zbędny…

O spóźnieniu to chyba nie muszę pisać… zawsze, ciągle, długo… Jak się umawisz na 23, to o tej 23 dopiero z domu wychodzisz… na smsa odpiszą ci po paru godzinach jak nie w jednym z kolejnych dni, bo przecież spoko, w końcu odpisze, wiec lepiej dzwonić do takiego, zresztą tu ciągle gadają przez telefon na ulicach, w sklepie, metrze, drą się do słuchawek i machają rękami ;) Policzono że jest 10 mln Portugalczyków i 11 mln tel komórkowych w kraju J i to możliwe, nie starczyłoby mi palców u rąk żeby policzyć znajomych, którzy noszą 2 komórki, po jednej do każdej kieszonki ;)

Choć przyznać muszę, że jedno się nie spóźnia… komunikacja, co jak co ale pociągi, metro, autobusy się nie spóźniają, no raz zdarzyło mi się czekać na tramwaj godzinę ale jak na pół roku bycia tu, to niezła statystyka…

Mają swoje małe celebracje codzienne, rano pastelarie są wypełnione, taki mały, czarny Portugalczyk wpada przed pracą na małą czarną kawkę i biegnie dalej.. Ale ten zwyczaj mi się podoba, a kawke mają przepyszna i tańszą niż u nas !!

Ogólnie Polacy są dobrze odbierani, przede wszystkim Polki, są postrzegane jako miłe, dobre, zadbane… wiadomo ;) W ambasadzie szef mówił ze w zeszłym roku zarejestrowano kilkadziesiąt małżeństw polsko-portugalskich, w tym zaledwie jedno Polak i Portugalka, cała reszta to Polki z portugalskimi panami, ale jakoś mnie te statystyki nie dziwią.

Polska jest tu nawet znana, bardzo często spotykam ludzików którzy byli, albo wybierają się do Polski i nawet umieją coś powiedzieć, i to nie tylko kelner co na ulicy zaprasza wydzierająć się „Dobry wieczór zapraszamy” ale starsi chwalą oczywiście papieża, na ulicy nam współczuli przegranej z Ekwadorem a w klubie na moją odpowiedź że jestem z Polski chłopak powiedział „dzień dobry” po czym stwierdził że umie coś jeszcze i dumnie wyrecytował „apteka” , to było akurat bardziej wyszukane, bo z „jak się masz” i „piwo” to raczej często można się spotkać.



A prywatnie spotykamy się z życzliwością raczej, wiadomo że wszędzie są źli i dobrzy ludzie. Tutaj tez nie brakuje meneli i oszołomów co się za tobą wydzierają, pseudo-maczo którym się w głowie poprzewracało itd. Ale zdarzają się takie sytuacje że nie możemy się nadziwić, pieszych na ulicy zawsze przepuszczają, uśmiechają się, ostatni pan naprawił koleżance walizkę w serwisie, na pytanie ile, stwierdził że to na dobrą podróż i nic nie chce, zawsze pokażą, pomogą, policjanci za przejście na czerwonym nie krzyczą, są ważniejsze i groźniejsze sprawy, ci w ogóle są wyrozumiali, a jak już mówisz w ich języku to masz dodatkowe sto punktów opowiedzą Ci historie życia, rodziny i Portugalii…

A to też mi się podoba- miłość do kraju, jeszcze nie widziałam ulicy, gdzie flag by nie było! A w radykalnych przypadkach to obok flagi portugalskiej powiewa jeszcze flaga ulubionej drużyny, tak jak tu obok niebiesciutka FC Porto choć z tym to już trochę przesadzają;) Ale niekiedy to fachowo, jak widać wyżej, wypatrzyłam przypiętą wprawdzie spinaczami do bielizny ale tylko tymi w narodowych kolorach- zielone, żółte i czerwona na przemian :D

Raczej są powolni, wyluzowani, nie wyglądają na speszących sie nigdzie, pwenie żyje im się z tym lepiej, choć czekając w puncie ksero dstaję na ogół biełej gorączki, kiedy 3 panie stoją nad jedną maszynka platy lecą, pączki wcinają a z kopii nici...

Jedzenie to też inna bajka, przepyszne, ale jak na mój gust to za późno się za to zabierają, o 23 pałaszować takie ilosci to zbrodnia...

Coś w nich jest podobnego do Polaków, ale raczej to inna bajka, jednak… ja lubię tą bajkę ;) To chyba już widać bo dzień zaczynam zaparzając sobię mikroskopijną kawkę mimo że na ogół już jestem spóźniona …

Rozrywkowa dzielnica

Właściwie to nie wiem dlaczego, ale nigdy nie wspomniałam o tym, o czym głównie się mówi. Właściwie najwięcej się naczytałam przed przyjazdem, najwięcej mi naopowiadali ci, co tu byli i najbliżej mieszkam, a tak po macoszemu potraktowałam…
Może, a właściwie na pewno dlatego, że mnie aż tak tam, nie ciągnie- Bairro Alto czyli górne miasto, miejsce klubów i kawiarenek. Chodzi się tam raczej w nocy, zresztą rano to można utonąć w śmieciach więc nie radzę. Portugalski styl to stanie na ulicy z kubkiem małego piwa – Imperial i gadanie o głupotach. Pogoda im na to pozwala, nudzić się raczej nie nudzi, wiec zanim podążą na dyskoteki, które się otwierają o 1-2, młodzi Portugalczycy ładują akumulatorki na Bairro Alto.

Klubów i klubików jest tam niezliczona ilość, są tak różnorodne że nie wiem, czy można jeszcze coś wymyślić, chociaż… nie raz się przekonałam że pomysłowość portugalskiego narodu nie zna granic, to chyba ta jedna ze wspólnych cech Polaków i Portugalczyków ;)

Znaleźć można eleganckie restauracje z fado na żywo, w cenach od 25 w górę, ale i jazzowe, tawerny, latynoskie, brazylijskie, nowoczesne, wszystko. Punktami charakterystycznymi jest Mesqual na rogu Rua Dario de Noticias gdzie spotykają się wszyscy Erasmusi i pełno Portugali, bar z tanim piwem za 70 centów niedaleko Praca de Camoes i bar z tanimi tostami.

Z takich mi znanych miejsc, albo takich co mi utkwiły w pamięci:
- Katakumbas – jazzowy z muzyką na żywo, ma stałych bywalców, dobrą kawę z mlekiem, fajny klimat i gwarancje że tam posłuchasz dobrej muzyki a nie będzie cie nikt zaczepiał bo też przyszedł na posłuchać jazzu ;)
- Travessa de Queimadas- uliczka na której są 3 latyniskie kluby, malutkie, często zatłoczone ale barman znajduje mijsce żeby na środku zatańczyć salsę z kelnerką J optymistycznie nastrajają,
- Bedroom, jak sama nazwa mówi- łóżka muszą być, zamiast krzeseł czy kanap- czerwone, duże łoż, dziwne miejsce, kwestia gustu, raczej dla tych wyszukanych, ceny też raczej wyszukane
- Brazylijski, coś na K.. bardzo fajny jeśli są ludki, dj ma ok. 65 lat ale umie rozkręcić, troche samby, trochę starszych kawałków, miejsca dość żeby poszaleć.

Jeden utkwił mi też, nie byłam, nie pamiętam nazwy ale za szybą nie miał reklam, ludzi, krzeseł czy jakichś „klubowych gadżetów” ale figurki święte, Matke Boską Fatimską, świece, dziwne, ale był pełny, nie wiem czy w Polsce by się to przyjęło, nie sądzę…

Generalnie mi nie pasuje taki styl Bairro Alto, a na pewno nie za często, nie lubię się włóczyć po knajpach, po Alfami, to co innego, ale od czasu do czasu można, na bank zawsze odkryję coś innego, miejsce, którego nie widziałam i mimo że jestem przygotowana na różne wariacje, zawsze coś mnie zaskoczy ;) I jak tu nie lubić Lizbonki ;)
Ps. wiem że miało nie być uż zdjęć obcych ale z racji że na Bairro jestem rzadko, najczęsciej spontanicznie i na pewno już bez aparatu, a chcialam pokazać tą częsć, to znów małe oszukaństwo :(

Sou Portista :)


No i co?? I teraz to już jestem pewna… zakochałam się… Porto jest po prostu piękne!!
3 godzinki pociągiem i jesteśmy, takie nam się przytrafia szczęście że w pociągu poznajemy starszego pana, nauczyciela portugalskiego, wdajemy się w zakręconą rozmowę w kilku językach, bo pan żonę ma z Wenezueli, mieszkał w Niemczech a uczył też angielskiego. Opowiedział nam trochę o Porto, a w mieście jego syn podwiózł nas do informacji turystycznej gdzie wyposażyli nas w mapy J Syn stwierdza ze to wariactwo – uma loucura ;) że przyjechałyśmy na 1 dzień, bo on by nam pokazał wieczorem Porto, ale nie mamy czasu, choć na 9 godzin ale warto!!

Zaczynamy z centrum i idziemy w różnych kierunkach sprawdzając co gdzie jest i wiemy na pewno że chcemy dotrzeć do rzeki i do winnic ;)

Trafiamy do kościoła św. Klary. Czytałam że jest najpiękniejszy ale nawet nie przypuszczałam że aż tak!!!!! Cały w środku rzeźbiony, drewno i metal, najdrobniejsze szczególiki, detale, niesamowite, a z zewnątrz wygląda tak niepozornie, nawet trudno go znaleźć, bo jeść niski i ukryty za bramą. Pytałam rodowitego Porciaka o ten kościół, on nawet nie ma pojęcia gdzie jest… ale to już reguła, to co ma się tak blisko najtrudniej zauważyć.

Docieramy do mostu Luisa I i nie możemy się napatrzeć, gapimy się na środku mostu w Duero, ja nie wracam do domu…
Po jednej stronie miasteczko- moje czekoladki tzw. ;) malowniczo poustawiane na wzgórzu, po lewej winnice wina Porto z czerwonymi dachami, po obu stronach widać pozostałe mosty, już się nad nimi zachwycałam ale one są takie że na nie chce się patrzeć, fotografować, wzdychać ;)




Mostem maszerujemy na drugą stronę rzeki zatrzymując się co chwilę żeby westchnąć, albo popatrzeć na przycumowane Barcos rebelos przewożące wino wzdłuż reki, po drugiej stronie stromo schodzimy w dół, w cieniu na szczęście bo na moście nas bezlitośnie przyprażyło…

Teraz wzdłuż brzegu nie czekoladki ale winnice, jedna przy drugiej, oflagowane, zapraszają do środka chłodem i zapachem ;) Wybieramy Sandemann. One generalnie mają nazwy angielskich rodów- założycieli. W tym przypadku zaintrygowało nas logo- pan w kapeluszu (znak hiszpańskich) i w pelerynie (znak portugalskich studentów) Poza tym nigdy nie próbowałyśmy jeszcze tego ;)


W środku czekamy na zebranie grupy wycieczki, w międzyczasie oglądamy eksponaty w mini-muzeum, wielką beczkę, stare plakaty, kielichy. W końcu możemy wejść, zapach już bardzo intensywny, ciemno, chłodno i beczułki dookoła J Przewodniczka opowiada historie powstania winnicy, ale proces powstawania Porto jest zdecydowanie ciekawszy, wiedziałam, że to jest wzmocnione wino whiskey albo tzw aguardente czyli mocnym alkoholem, ale nie mialam pojęcia o dodatkach jak cytryna w białym Porto, czerwonych owocach w Ruby czy cynamonie, migdałach, orzechach w moim ulubionym Tawny. Dowiedziałyśmy się jak podawać, smakować i do czego podawać Porto, umiejętność smakowania mogłyśmy sprawdzić od razu na degustacji ;) mmm..

Po ogrzaniu gardełek wychodzimy na słonko, przygrzało nam chyba, humor zaskakująco dobry, tym bardziej ż trafiamy na ludowy koncert na brzegu rzeki, babki i chłopki w ludowych strojach przytupują, wyśpiewują aż słychać ich jeszcze po drugiej stronie mostu.

Wędrujemy powrotem do centrum, wypijamy kawkę pod ratuszem, na Santa Katarina długaśną ulicę- miejsce spotkań już nie zdążymy, na Avenide Boa Vista kończącą na oceanie tym bardziej nie ma szans jechać:(

Ale przynajmniej jest po co wrócić do Porto, wcześniej czy później i tak tu się pojawię, takie życzenie mam na następne urodzinki ;) do Porto wrócić !!

wtorek, czerwca 06, 2006

(Ob)sesja na ISCTE... już za mną :)


Ja wiem że taki przestój ostatnio na tym blogu miałam ale to wszystko przez sesje! Niby w kraju nie kojarzącym się z nauką ale jednak!!! Ostatnie 2 tygodnie to biblioteka była moim drugim domem i swoją drogą to też przemawiała za tym zamontowana tam klimatyzacja bo naprawdę, 35 stopni tak średnio motywuje do nauki…
Próbowałam się uczyć na plaży Costa da Caparica ale szczerze to taki średni pomysł był, bo za dużo to mi do głowy nie weszło ;)

No ale już po egzaminach J A teraz pytanie za 100 punktów… Jaka jest skala ocen w Portugalii? … Właściwie pytanie za 20 bo do tylu są oceny, choć w praktyce 19 i 20 się nie dostaje nigdy i 18 jest taką „górną półką” na zaliczenie trzeba mięć ponad 10 ;) Śmiesznie się na taki system przestawić, w ogóle są inne rzeczy w szkole.

Ale najbardziej podoba mi się tradycja przy kończeniu studiów.
„Finalista” czyli kończący jest ubrany na czarno i ma duży czarny materiał w rękach do którego przyszywa naszywki z różnych krajów i regionów. Wygląda to tak ciekawie, ale jeszcze bardziej podobają mi się „Fichas” czyli wstążki, kupuje się je na uczelni, mają logo szkoły, kolorowe, szerokie, długie na ok. 25 cm, rozdaje się przyjaciołom i oni piszą na nich coś i oddają, świetna pamiątka, szkoda że u nas tak nie ma…

Vaca tour


Już od kilku tygodni w Lizbonie rozpanoszyły się vacas czyli krowy ;) Już po sesji egzaminacyjnej więc miałyśmy je okazje obfotografować, są tak przeróżne!!!
Jest krowa z gazety, ze świecącymi serduszkami, krowa obklejpna trawą albo wiejska z kurami na grzbiecie. Na Baixa siedzi dumny Camoes a koło Hard Rock Cafe krowa z jajkiem.
Pod zimią na Metrze na Marques jest kosmiczna i można by wyliczać jeszcze długo bo jest ich 60, była nawet mapa w gazecie gdzie jaka krowke można znaleźć, ale nasza wyprawa była bardziej spontaniczna- od krowy do krowy ale tam gdzie same znalazłyśmy ;)


Mi się podoba srebrna z gwiazdkami i tekstami o snach i Krowa – Varinha czyli dawna kobieta sprzedająca ryby, z koszem na głowie.

Taka parada była też w Warszawie i inych miastach jaako kontynuacja Berlińskich miśków, ale tu cieszy się dużą popularnością, szkoda że również wandali i co niektóre krówki musiały być na początku sciągane i naprawiane…

I wracamy... południe czeka

I po paru dniach trzeba już było się udawać w kierunku południa. Przejeżdżając koło znaku zjazdu z autostrady na Esposende dowiedziałam się że w tym miasteczku jest kawiarenka bardzo bardzo znana gdzie podają ciastka z dynią…i po 15 minutach już tam siedzieliśmy i zapijaliśmy ciastka kawką ;) taki spontaniczny podwieczorek. Przepyszny, ale ciach są całe ucukrowane pudrem J więc cała moja ciemnobrązowa sukienka miała białe kropki :/

Jeszcze zanim dotarłam na dworzec Campanhã przejechaliśmy się po Porto. To było tylko talkie zwiedzanie zza okna auta i bardzo szybkie, bo nie miałam czasu, a szkoda bo Porto jest piękne, mi się kojarzy z pudełkiem czekoladek J takie domki poukładane jak w pudełeczku, choć moja wizja została troche wyśmiana- ja i tak swoje wiem.

Przejechaliśmy Avenidę Boa Vista- czyli aleję dobrego widoku, ciągnie się 8 km aż do oceanu, ale jednak teren nad rzeką robi na mnie największe wrażenie… i mosty oczywiście!! Ja się przyznam że ja już nie wiem ile ich jest 5 czy 6?? Może ktoś wie??
Ja wiem że do Porto jeszcze pojadę nie raz, wiec zostawiam ten temat, tylko mosty umieszczam bo do teraz mi się w głowie nie mieści że można coś takiego wybudować !!

Ponte D.Maria



Ponta da Arrabida







Ponte de Luis I

Ponte de S. Joao


Ponte do Infante

niedziela, czerwca 04, 2006

Tu się wszystko zaczęło

Historie Portugalii już czytałam, choć to dziwne, bo ja niecierpie historii... a to bylo ciekawe, eh... jak Portugalia zmienia ludzi :)
W kazdym razie wiem, ze kraj sie urodził w Guimaraes, Południowcy mówią ze ci z północy to takie potężne chłopaki i agresywne bo oni przodownicy :)
W kazdym razie tak potężny zamek stoi, niestety wejsc sie nie udalo bo pozno juz sie tam zjawilismy, za to zobaczylam 2 inne piekne miejsca.
Zobaczyłam Brage, jedno z większych miast północy z jego słynną bramą wg, legendy nie zamknietą i dowiedziałam się, że jak w Portugalii się nie zamknie drzwi to narażamy się na pytanie " a Ty co? z Bragi?" :)

Braga założona przez Bracara Augusta to kiedyś główny punkt komunikacyjny i religijny. Teraz znane głównie z obrzędów Wielkiego Tygodnia Wielkanocnego.
W katedrze jest kaplica, w której spoczywają wszyscy
Wjechalismy również na górę Dorego Jezusa- Bom Jesus. Piękna, zielona. Na szczycie Capela Dos Milagres- Kaplica cudów na samym szczycie schodów, które wydają się poruszać. Dowiedziałam się tym razem, ze jak zatrzymamy się w jednym miejscy na dole góry, to schody układają się w kształt kielicha i faktycznie tak było! Niesamowite!!

Jeszcze jeden „cud” na Bom Jesus pokazał mi Andre. Zjeżdżając z góry w pewnym momencie, jeśli damu auto na luz i nie dotykamy nic, to mimo stromego zjazdu w dół jedziemy w górę i to spory kawałek!! Zjeżdżaliśmy tak z 5 razy dopóki moje wyobrażenie o cudach zostało przełamane twardym, inżynierskim punktem widzenia… To dziury w dróżce sprawiają że auto się cofa…

Kierunek: Północ

Chyba nie bedzie nic bardziej profesjonalnego jak jezdzić po Portugalii z Portugalczykiem, a juz na pewno odkrywanie północy z taki co sie w Bradze uridził a w Porto mieszka :)
Korzystając z wolnych dni majowych pokusilam sie na eksploracje polnocy, a ze pojechalam z dawnym kolegą, moglam poznac Portugalię od kuchni... dosłownie bo potrawy tez byly iscie portugalskie :) Acha! i muze sie przyznać ze za wiele zdjec nie zroilam, wiec wkleje swoje i reszte ą sciągniete, ale to wyjatkowo tylko z relacji z północy, bo ja juz chyba portugalskie zwyczalje łapie i prócz spóźnialstwa to ciągle aparat w aucie zostawał...


Wycieczka zaczela sie od typowo portugalsko- bo zobaczylam stadion smoka- FC Porto, faktycznie wrazenie robi, one wzstkie taskie kosmiczne są i Benfica w Lizboni i Sportingu. No a do tego kolacja byla przy meczu na telebimie, bo w koncu Champions L. byla to jak Portugalczyk ma to ominąć;)

Kolejnym punktem i jednoczesnie naszym tacjonowaniam było przeurocze miesteczko Ponte de Lima, ładniutkie, leniwe, żane nad rzeka Lima. (nazwa miasta to dosławnie "most na Limie" )
Typowe dla północy, ale wszyscy Portugalczycy przyznają ze jedno z najbardziej urokliwych:)
Na początek mialam tylko nocny pogląd ale na drugi dzień podziwiaalam juz krocząc po moscie i chowając sie w cieniu małych uliczek, i w chłodzie rzei, wypijamy kawke-
obowiązkową w Portugalii :) na samym brzegiem.


Juz dzis miałam okazje spróbować tutejszego specjału Arroz de Sarrabulho.
Dowiedziałam sie ze podobne Lizbończycy nawet przyjezdzają do tej restauracji konkretnie na to danie. To jest kilka rodzajów mięsa z ziemniakai i ryż w sosie, smak ma conajmniej ... ciekawy, nie nyło niedobre, było naprawde inne ale smakowało. Czasem lepiej nie wiedziać co Pani dała do garnka :) Choć oczywiscie moja ciekawosc wzięła górę i przepis z Internetu sciągnęłam.



Jeszcze między obiadkkiem a kolacyjką zdążylismy wjechac na górę i odwiedzić malowniczy kosciółek sw. Luizy. Z góry mozna zobaczyc całe miasteczko a jak jest dobra pogoda, czyli najczesciej, to i ocean sie wylania.



Widać też Vianę do Castelo- miasto portowe przy ujściu Limy. Jeszcze zanim Porto zyskało ten tytuł, to wiana była głównym „miasteczkiem wina”Choć do dziś odbywają się tam fiesty przyciągające biesiadników, tancerzy ludowych muzyków.

Bardzo znane targi i festyny odbywają się też własnie w Ponte de Lima. W czasie Feiras Novas, bo tak się nazywają podobno cale miasto i place i łąki dookoła są wypelniene ludźmi. My trafiliśmy na przygotowania do innego festynu i mogłam z bliska zobaczyć dekoracje wieszane wzdłuż głównej ulicy przy brzegu Limy.

sobota, maja 13, 2006

Pascoa Feliz /Wesolych Świąt Wielkanocnycj/

To pierwsze moje święta poza domem, smutno troszeczkę, ale przecież nie jestem w pracy albo gdzieś uwięziona, ale w Lizbonie, nie wolno się smucić;)
Poza tym przyjechałam psispsióła, w potoku plotek nie ma miejsca na łezki ;)

W Portugalii Wielki Piątek jest bardziej celebrowany i to piątek jest dniem wolnym, w poniedziałek, kiedy w Polsce się wodą polewają- Portugale pomykają do pracy.
Udało nam się znaleźć polskiego księdza, wprawdzie na drugim końcu miasta, a właściwie poza zoną miejską, ale przynajmniej spowiedź efektywna, bo po portugalsku to byśmy się chyba w tych sprawach nie dogadali ;) No a poza tym co to za Wielkanoc bez święconki, a w Portugalii takiego zwyczaju nie ma..
Tak, zwyczaj ten jest co najmniej mało popularny, to i ciężko też farbki znaleźć, ale inwencji troszeczkę, ostatecznie imbir i wino mają na tyle piękne i naturalne kolory, że z powodzeniem można nimi barwniki zastąpić ;) Zastępstwo musiałyśmy znaleźć również dla koszyczka… Na medal spisała się wiklinowa taca wyłożona białymi serwetkami :] Ale z zawartością jak najbardziej profesjonalną, importowaną z Polski pocztą od mamusi ;) No kto jeszcze w Portugalii miał suchą krakowską, torcik Wedla i jajka również od E.Wedel ?? my tak :]

Jakoś nam się udało dotransportować nasze dzieło, aczkolwiek musiałyśmy się udać na prywatną audiencję u księdza Andrzeja, bo portugalskim zwyczajem się spóźniłyśmy kwadrans…a właściwie 3 kwadranse… i to co usłyszałyśmy ze święcenia dla Polaków to „ja tez jeszcze raz życzę Wesołych Świąt i do zobaczenia…” ups… znów… Ale nasze starania zostały docenione i święcenie zostało dla nas powtórzone.

Zdecydowałyśmy z Emilką, że miejscem najlepszym na spędzenie popołudnia Wielko-sobotiego będzie sanktuarium w Fatimie. Szkoda tylko że się rozpadało i po ogrodach nie miałyśmy raczej ochoty chodzić, pomodliłyśmy się tylko w Kaplicy Objawienia, w Kościele głównym była akurat adoracja grobu, dużo ludków przyjechało, również rodaków,
Co dziwnego widziałyśmy to palenie świec całych, w wielkim piecu.. dziwne, ludzie kupują duże świece i wrzucają je do pieca w jakiejś intencji, można też zlecić spalenie świecy w swojej intencji… nie rozumiem tego zwyczaju, muszę się dowiedzieć.

Wieczorkiem postawiłam sobie wyzwanie…prawie egzamin na Portugalke ;) Zdecydowałam się upiec FOLAR – tradycyjny chleb wielkanocny. Drożdżowy, może być nadziwany, na słono, na słodko (mój był z pomarańczami i cynamonem) lub na słono, z mięsem. Jedno co je wszystkie łączy to jajko. Gotowane jajko kładzie się na ciastol tak w skorupce, a właściwie się kładzie tyle jajek ile ma rodzina dzieci, ale to już taka tradycja zaawansowana;) Folarem można obdarowywać bliskich jako podarek zajączkowy, zakochani ieką sobie taki chlebek w kształcie serduszka, ale w niektórych częściach kraju Folara zastępuje Pao de lo, taki odpowiednik biszkoptu.

Obdarowywuje się też migdałami, już od miesiąca były wszędzie i we wszystkich postaciach,
w czekoladzie, , prażone, w cukrze, kolorowe lukrowane i glazurowane.
migdał był symbolem ukrytą istotę, pod skorupką jest owoc, to jest symbol Jezusa, Boga ukrytego pod postacią człowieka.




W niedzielę po śniadanku, również prawdziwym, z białą kiełbaską i jajkami ;) udałyśmy się nie gdzie indziej ale do Betlejem czyli na Belem, wprawdzie na tramwaj czekałyśmy wieki ale znów zostałyśmy wynagrodzone widokiem Mosteiro dos Jeronimos. (manueliński Klasztor Hieronimitów, manueliński bo to właśnie król Manuel w XVI w. kazał go zbudować na cześć odkrycia drogi morskiej do Indii. Dlatego prócz grobowca Vasco da Gamy jest tu tyle przedmiotów i dekoracji związanych z morzem.

Naprzeciw klasztoru, postura Casco da Gamy śmiało patrzy w morze to rzecz jasna Pomnik Odkrywców (Padrao dos Descobrimentos) a troszkę bardziej na zachód – symbol z większości kartek z Lizbony (jak tramwaje) Wieża Belem (Torre de Belem)), tez dziedzictwo kultury UNESCO jak Klasztor Hieronimitów. Niegdyś służyła w celu obrony Lizbony przed atakiem z morza- jako forteca, dziś jest symbolem miasta.

Wieczorem dotarłyśmy (na czas !!!) do katedry – Se potężnej, na Afamie, Jutro świętujemy dalej, a Portugalczycy do pracy, wieczorem zamykamy drzwi na klucz… tak prewencyjnie jakby inne Polaki wpadły na pomysł kultywowania tradycję polewania ;)
W tym roku uszło mi dosłownie na sucho :]